Utarło się przekonanie, że w Polsce żywność jest tania. Że rolnictwo, wobec katastrofalnej sytuacji, wyprzedaje ziemiopłody niżej wszelkich norm i cenników. Że chłop, który sam nie dojada i suchym chlebem się kontentuje, wywozi nabiał do miasta, by zarobić choć parę złotych — na paszę dla krów, na obrok dla konia.
Taka sytuacja, przy wielkiej konkurencji i podaży, musi — rzecz prosta — wpływać na zniżkową tendencję cen, a jednak… żywność w miastach, zwłaszcza w tych większych, jest droga.
Weźmy dla przykładu chleb. Ten artykuł codziennej, powszedniej i nieodzownej potrzeby wykazuje w cenie swojej bardzo znaczne wahania — i to nie tylko na przestrzeni kilku miast, lecz nawet na terenie kilku różnych dzielnic w jednym i tym samym mieście. Są sklepy, gdzie kilo chleba można dostać za 20 groszy; gdzie indziej ten sam chleb kosztuje już 26 groszy, a im bliżej centrum miasta — tym bardziej śrubuje się ceny: aż do 32–34 groszy za kilo.
To samo dzieje się z kartoflami: ceny ich są tak różnorodne, jakby w każdej wsi i na każdym folwarku inaczej się rodziły. W detalu kosztują od 6 do 10 groszy za kilo, a w hurcie dostać je można już po 4 grosze.
Mąka? Rolnik wprost z młyna zawiezie ją na targ i sprzeda za bezcen, w mieście zaś płacimy za kilogram już 38–43 grosze za mąkę pszenną, a do 27 groszy za żytnią. Zresztą nie ma dosłownie ani jednej grupy artykułów żywnościowych, za które nie płacilibyśmy znacznie więcej, niż żąda i dostaje rolnik.
Na przykład mięso. Za kilo cielęciny żywej wagi płaci hurtownik 80 groszy, za kilo wieprza — 75–80 groszy. W detalu ta sama cielęcina kosztuje już przeszło 2 złote, a wieprzowina 1,50–2 złote. Różnica, jak widzimy, olbrzymia; pochłaniają ją koszta uboju i skomplikowany łańcuch pomocników i pośredników.
Wtręt redakcyjny / depesze z gazety (fragment niezwiązany bezpośrednio z artykułem):
„Wódz armii fińlandzkiej w Warszawie… Rewolucja w Syjamie rozszerza się… Badanie mórz północnych…”.
Właśnie tym pośrednikom warto kilka słów poświęcić. Jest ich armia potężna, którą okupacja niemiecka nauczyła zarobku na ludzkim głodzie. Jak pijawki obsiedli oni targowiska, czatują na chłopów, żerują po wsiach, skupują cały towar, dyktują ceny, wytwarzają sztuczny brak jakiegoś produktu. Są w ścisłym kontakcie z hurtownikami, a ci dopiero są dostawcami sklepikarzy.
Nic dziwnego, że przy takim „systemie” produkt, zanim dojdzie do rąk spożywcy, podnosi się w cenie o 50–70 procent, które zostają w kieszeni spekulantów i hurtowników. Z tych względów zubożały konsument coraz częściej wyrzeka się nabiału, coraz rzadziej jada mięso, a i chleb — jak to wykazuje statystyka — spadł ostatnio w spożyciu o 19 procent.
Badania budżetów pracowniczych wykazały, że ludność mogłaby spożywać dwa razy więcej — i lepiej — gdyby wyzysk w dziedzinie artykułów żywnościowych został usunięty, i gdyby zdołano nawiązać bezpośredni kontakt pomiędzy miastem i wsią dla taniej i wielkiej dostawy produktów żywnościowych.
Z pewnością skorzystałaby na tym i wieś, na pewno zyskałby i konsument. Tylko — kto podejmie inicjatywę w tym kierunku?
Chyba że samo kupiectwo, które przez wyłączenie zbędnego łańcucha pośredników zbliżyłoby się znacznie do konsumenta, a tym samym poprawiło i własną sytuację. Więc… może warto spróbować?





























































Napisz komentarz
Komentarze