Historia zaczęła się w 1929 roku, kiedy Józef Graliński – pracownik warszawskich Wodociągów i Kanalizacji – stracił pracę. Przy rozliczeniu potrącono mu z wynagrodzenia 5 złotych i 70 groszy. Według pracodawcy była to kara za godziny nieprzepracowane.
Sam zainteresowany nie zgadzał się z tą decyzją. Twierdził, że potrącenie jest bezpodstawne. Po bezskutecznych próbach wyjaśnienia sprawy postanowił skierować sprawę do Sądu Pracy.
Sprawa o kilka złotych
Pierwsza rozprawa odbyła się 22 czerwca 1929 roku, jednak szybko została odroczona. Pełnomocnicy magistratu wnioskowali o wezwanie większej liczby świadków. Kolejna rozprawa odbyła się dopiero 1 sierpnia, lecz i tym razem została przełożona.
Robotnik walczący o swoje pieniądze nie korzystał z usług adwokata. Z drugiej strony barykady stali natomiast prawnicy reprezentujący magistrat.
Dopiero 5 listopada sprawa została faktycznie rozpatrzona. Jeden ze świadków – majster nadzorujący pracę robotników – tłumaczył przed sądem, że brakujące godziny pracy wynikały z minut skrupulatnie liczonych przez niego z zegarkiem w ręku.
Sam Graliński wyjaśnił, że w tym czasie wykonywał czynności, których – jak ironicznie zauważyła gazeta – „żaden człowiek uniknąć nie może”.
Wyrok… i apelacja
Sąd Pracy przyznał rację pracownikowi. W uzasadnieniu powołano się na rozporządzenie prezydenta RP z 16 marca 1928 roku, które określało zasady nakładania kar i potrąceń z wynagrodzenia. Zgodnie z prawem mogły one być stosowane tylko wtedy, gdy przewidywał je regulamin pracy.
Sąd nakazał więc wypłatę 5 zł 70 gr.
Magistrat nie zamierzał jednak tak łatwo pogodzić się z przegraną. Pełnomocnicy złożyli apelację do sądu odwoławczego, który uchylił wyrok i nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy.
Cała historia trwała już wtedy cztery lata.
Kosztowny spór o drobne
Autor artykułu z 1933 roku ironicznie zauważał, że gdyby ktoś spróbował policzyć wszystkie koszty – liczbę sporządzonych dokumentów, honoraria prawników, czas pracy urzędników i sędziów – okazałoby się, że proces o kilka złotych kosztował magistrat znacznie więcej niż sama sporna kwota.
„Nie radzimy jednak tego liczyć – zwłaszcza osobom o słabym sercu” – żartował dziennikarz.
Historia ta jest dziś ciekawym obrazem realiów sądownictwa i administracji w II Rzeczypospolitej. Pokazuje też, że urzędnicza biurokracja i długotrwałe procesy sądowe nie są wcale wynalazkiem naszych czasów.
























































Napisz komentarz
Komentarze