Jest niedziela. Sto drugi dzień roku. Słońce wschodzi o 5.48, zachodzi o 19.26 — i choć brzmi to jak sucha linijka z kalendarza, w gruncie rzeczy jest to początek kolejnego aktu w spektaklu, który od wieków gramy na tej samej scenie: między pamięcią a bieżączką, między sacrum a polityką.
Bo 12 kwietnia to dzień, który niesie ze sobą ciężar historii i lekkość współczesności. Jakby ktoś zestawił ze sobą „Znachora” Hoffmana i start „Wostoka 1”. Z jednej strony wiara w człowieka, z drugiej — wiara w technologię. A gdzieś pomiędzy nimi my — z naszymi lokalnymi sporami, które czasem przypominają bardziej kabaret Barei niż poważną debatę publiczną.
Historia, która nie daje spokoju
Nie sposób przejść obojętnie obok dat.
370 lat temu wojska Pawła Jana Sapiehy wyzwoliły Lublin spod szwedzkiej okupacji. Polska, jak wielokrotnie w swojej historii, podnosiła się z kolan. 86 lat temu rozpoczęła się druga masowa deportacja Polaków w głąb ZSRR — dramat tysięcy rodzin, wyrwanych z własnych domów i wrzuconych w bezkres Kazachstanu.
A potem nagle przychodzi rok 1961 i Jurij Gagarin leci w kosmos, jakby chciał powiedzieć: „ziemia to za mało”. 108 minut, które zmieniły świat. I być może coś jeszcze — sposób, w jaki patrzymy na siebie samych.
Bo skoro potrafimy polecieć w kosmos, dlaczego tak często nie potrafimy porozumieć się na własnym podwórku?
Miłosierdzie i podziały
Dzisiejsza niedziela to również Święto Bożego Miłosierdzia — jedno z najważniejszych świąt w kalendarzu Kościoła katolickiego, ustanowione przez Jana Pawła II. W Łagiewnikach tłumy, w Warszawie modlitwa w parku Moczydło, w tle „Dzienniczek” siostry Faustyny, przetłumaczony na trzydzieści języków.
To święto, które mówi o przebaczeniu, o wspólnocie, o przekraczaniu podziałów.
Brzmi znajomo?
A jednak wystarczy spojrzeć na polską politykę — tę wielką i tę całkiem lokalną — by zobaczyć, jak bardzo te słowa pozostają często tylko deklaracją. W Tomaszowie Mazowieckim, jak w soczewce, skupiają się wszystkie nasze narodowe przywary: ambicje większe niż możliwości, konflikty ważniejsze niż współpraca, i nieustanne pytanie: kto kogo ograł.
Wielkanoc dwóch kalendarzy
Dziś także prawosławni rozpoczynają Święta Wielkanocne. Tydzień różnicy — a jednak ta sama historia, ta sama wiara, ten sam sens. Różni nas kalendarz, ale łączy fundament.
To piękna metafora. I gorzka zarazem.
Bo skoro potrafimy funkcjonować w dwóch rytmach religijnych, dlaczego nie potrafimy znaleźć jednego rytmu dla spraw publicznych? Dlaczego tak trudno o elementarne porozumienie — choćby przy organizacji wspólnych obchodów, wspólnych decyzji, wspólnej odpowiedzialności?
Muzyka świata, rytm historii
Gdzieś w tle gra Herbie Hancock, którego jazz — jak polityka — wymaga improwizacji, ale opiera się na strukturze. „Rock Around The Clock” przypomina, że każda epoka ma swój moment przełomu. Metallica walczy z Napsterem, a Elton John zdobywa listy przebojów.
Historia nigdy nie stoi w miejscu. Ona pulsuje.
Tylko czy my potrafimy za nią nadążyć?
Świat patrzy — i wybiera
Na Węgrzech dziś wybory parlamentarne — starcie Viktora Orbána z opozycją. W tle oskarżenia o dezinformację, możliwe prowokacje, napięcie, które przypomina, że demokracja to nie stan, lecz proces. Czasem bardzo kruchy.
Z kolei Donald Tusk rusza do Seulu i Tokio, by rozmawiać o bezpieczeństwie, technologii i przyszłości. Świat przyspiesza. Azja patrzy na Europę, Europa na Azję.
A my?
My często tkwimy w lokalnych sporach, które — choć ważne — nie powinny przysłaniać szerszego obrazu.
Między Bareją a rzeczywistością
Patrząc na to wszystko, trudno oprzeć się wrażeniu, że żyjemy jednocześnie w kilku rzeczywistościach. W jednej — tej wielkiej — decydują się losy świata. W drugiej — tej lokalnej — nie potrafimy ustalić wspólnego programu obchodów czy zebrać kworum na sesji.
Jakbyśmy byli bohaterami filmu, który ktoś nakręcił na styku „Misia” i „House of Cards”.
I właśnie dlatego dziś, w tę niedzielę, warto zadać sobie jedno pytanie:
czy naprawdę chcemy być tylko statystami w tym spektaklu, czy jednak jego świadomymi uczestnikami?
Bo historia — ta wielka i ta całkiem lokalna — nie dzieje się gdzieś obok.
Ona dzieje się dokładnie tu. I dokładnie teraz.




























































Napisz komentarz
Komentarze