Blues nigdy nie potrzebował wielkiej scenografii. Wystarczała gitara, kilka akordów, czasem harmonijka i głos, w którym było więcej prawdy niż w niejednej opasłej powieści.
Bo blues od początku mówił o rzeczach najprostszych i najtrudniejszych zarazem: samotności, biedzie, pracy, niesprawiedliwości, miłości, zdradzie i przemijaniu.
16 września nie jest przypadkiem
Polski Dzień Bluesa obchodzony jest 16 września, w dniu urodzin B.B. Kinga, który przyszedł na świat w 1925 roku. Data ta stała się okazją do organizowania koncertów, spotkań i audycji poświęconych muzyce bluesowej.
B.B. King był jednym z tych muzyków, których można rozpoznać po kilku dźwiękach. Jego charakterystyczne brzmienie, oszczędność i sposób prowadzenia gitarowej frazy stworzyły styl, który dla wielu stał się wzorem.
Jego słynna gitara nosiła imię Lucille.
Ale w bluesie nigdy nie chodziło wyłącznie o instrument. Chodziło o to, co człowiek ma do powiedzenia, kiedy zostaje sam ze swoim losem.
Z amerykańskiego Południa na największe sceny świata
Korzenie bluesa sięgają afroamerykańskiej kultury południa Stanów Zjednoczonych. Wczesne formy tej muzyki wyrastały z pieśni pracy, spirituals, muzyki religijnej i doświadczeń ludzi żyjących w bardzo trudnych warunkach.
Z czasem blues wraz z migracją Afroamerykanów przenosił się do wielkich miast. Z akustycznego stawał się elektryczny, bardziej intensywny, głośniejszy.
I wtedy wydarzyło się coś niezwykłego.
Muzyka ludzi przez lata stojących na marginesie społecznym zaczęła wyznaczać kierunek rozwoju całej muzyki popularnej.
Bez bluesa trudno wyobrazić sobie rock'n'roll. Bez niego inaczej brzmieliby The Rolling Stones, Eric Clapton, Led Zeppelin czy Jimi Hendrix.
Blues stał się muzycznym alfabetem XX wieku.
Robert Johnson i legenda skrzyżowania dróg
Historia bluesa ma także swoich bohaterów niemal mitycznych.
Jednym z nich jest Robert Johnson, gitarzysta, który zmarł w 1938 roku, mając zaledwie 27 lat. Wokół jego nazwiska narosła jedna z najsłynniejszych legend muzycznych.
Według niej Johnson miał nocą spotkać diabła na skrzyżowaniu dróg i w zamian za duszę otrzymać niezwykły talent gitarowy.
To oczywiście folklor, ale pasuje do bluesa idealnie. Ta muzyka zawsze żyła gdzieś na granicy rzeczywistości, mitu i osobistego dramatu.
Muddy Waters i elektryczny blues
Kiedy blues trafił do Chicago, zmienił brzmienie.
Pojawiły się wzmacniacze, bas, perkusja i gitara elektryczna.
Jednym z symboli tej przemiany był Muddy Waters. To właśnie z jego twórczości czerpało później całe pokolenie brytyjskich muzyków.
Nieprzypadkowo nazwa The Rolling Stones została zaczerpnięta od tytułu utworu Muddy'ego Watersa.
Tak muzyka z amerykańskiego Południa po latach wróciła do USA przefiltrowana przez brytyjski rock.
A potem był Nalepa
Polski blues ma swoich własnych bohaterów.
Jednym z najważniejszych pozostaje Tadeusz Nalepa.
Breakout, Mira Kubasińska i utwory takie jak „Kiedy byłem małym chłopcem” czy „Oni zaraz przyjdą tu” stworzyły własny język polskiego blues-rocka.
Nalepa pokazał, że blues nie musi mówić o Missisipi. Może mówić o polskich ulicach, samotności, rozstaniach i dorastaniu.
Później pojawił się Dżem.
I Ryszard Riedel.
Jeśli istnieje zespół, który sprawił, że blues w Polsce wyszedł poza środowisko melomanów i trafił do szerokiej publiczności, był nim właśnie Dżem.
„Whisky”, „Czerwony jak cegła”, „Wehikuł czasu”, „List do M.” czy „Sen o Victorii” stały się czymś więcej niż repertuarem koncertowym. Zaczęły żyć własnym życiem.
Riedel miał głos, którego nie dało się pomylić z żadnym innym.
A blues prawdy potrzebuje bardziej niż perfekcji.
Blues mieszka także w Polsce
Polska scena bluesowa przez dekady stworzyła własną tradycję.
Obok Nalepy i Dżemu pojawili się między innymi Nocna Zmiana Bluesa, Sławek Wierzcholski, Kasa Chorych, Cree czy Shakin' Dudi.
Blues nigdy nie musiał być numerem jeden na listach przebojów, żeby przetrwać. Wystarczył klub, kilkadziesiąt osób i gitarzysta, który wiedział, że między jednym a drugim dźwiękiem czasami ważniejsza jest cisza.
Dwanaście taktów i cała historia świata
Klasyczny blues często opiera się na prostym, dwunastotaktowym schemacie.
Teoretycznie niewiele.
Kilka akordów.
A jednak właśnie na tej konstrukcji powstały tysiące utworów.
To trochę jak z sonetem. Forma jest ograniczona, ale możliwości opowiadania są niemal nieskończone.
Dobry bluesman może zagrać ten sam schemat co tysiące muzyków przed nim, a mimo to powiedzieć coś własnego.
Dlaczego blues wciąż żyje?
Bo człowiek niewiele się zmienił.
Nadal kocha.
Nadal przegrywa.
Nadal zdradza i bywa zdradzany.
Nadal martwi się o pieniądze.
Nadal czasem siedzi nocą sam i zastanawia się, jak wszystko mogło potoczyć się inaczej.
Technologia się zmienia. Instrumenty się zmieniają. Nośniki muzyki zmieniają się co kilkanaście lat.
Ale emocje zostają.
I dlatego blues nie umiera.
Dzień Bluesa nie musi być obchodzony uroczyście. Wystarczy wieczorem znaleźć chwilę.
B.B. King. Muddy Waters. Robert Johnson. Tadeusz Nalepa. Dżem. Nocna Zmiana Bluesa.
I posłuchać.
Najlepiej trochę głośniej niż zwykle.
Bo blues to nie tylko smutek.
To sposób, w jaki człowiek opowiada o smutku, żeby było mu trochę lżej.



Napisz komentarz
Komentarze